Zachowanie asertywne, uległe i agresywne

Zachowanie asertywne, uległe i agresywne
1 vote, 5.00 avg. rating (94% score)

Kiedy trzeba się wykazać, gdy próbuje się zdobyć akceptację zespołu, jak człowiekowi na czymś zależy, jest nowy na pewnym gruncie, to mogą być problemy z asertywnością. A co z asertywnością tam, gdzie ludzie są głusi?

Pytania do was:

1. Uważacie się za ludzi asertywnych w pracy, w kontaktach z klientami?

2. Jaki wpływ na wasze relacje z innymi miało zachowanie asertywne? Przeważnie stawały się one lepsze, czy gorsze?

Wprowadzenie w taki miks uległości, agresji i asertywności

Byłem nowym pracownikiem w pewnej firmie. Pracowałem tam od kilku tygodni. Mimo tego dystans między zespołem a mną nie wydawał się skracać. Pozostawało mi sumienne wykonywanie obowiązków, dopytywanie o to, czego nie wiedziałem. To w zasadzie wszystko. W sumie obojętne mi było to, czy się zintegruję, czy mnie do tej swojej bandy przyjmą, bo byłem zafascynowany pracą. Humor popsuł mi szybko pewien problem. Okazało się, że… Nowy pracownik szeregowy ma donosić i wydawać polecenia.

Ucieczka od podporządkowania i uległości

Szef musiał nie radzić sobie dobrze z przekazywaniem poleceń i uwag krytycznych. Pech chciał, że to ja byłem mięsem armatnim i postanowił się mną wysłużyć, tak bym to ja był w razie czego tym najgorszym. Tak było najprościej. Gdyby przyszło do zwolnień to na mnie by padło, więc gdybym się starł, to niewielka by to była dla firmy strata, gdybym odszedł. Byłem tam najkrócej, więc nie przejrzałem jeszcze słabości szefa, słabości i mocnych stron członków zespołu, więc można mnie było wciągnąć w grę, mną się posłużyć.

Od tej więc pory polecenia teoretycznie przechodziły przeze mnie. Teoretycznie, bo ja ich nie przekazywałem. Na początku mówiłem szefowi „oczywiście przekażę”, „oczywiście wykonam”. Jednak zwlekałem z tym jak mogłem, tłumaczyłem się. Bo jak niby miałem zawładnąć zespołem? Jak miałem zdominować grupę? Nie chciałem wyjść na przydupasa. Gdybym rzucał oschłe rozkazy, to góra po tygodniu mógłbym przygotować sobie kartonowe pudełko, by wrzucić do niego swoje szpargały i trzasnąć drzwiami.

Problem polegał na tym, że mi się moja praca podobała, lubiłem ją. Grałem więc na zwłokę. Byłem zaskoczony absurdalnymi wymaganiami szefa, dałem sobie czas do rozmyślań na temat tego co ja mam właściwie w tej sprawie począć, bo byłem trochę między młotem a kowadłem. Zapytałem szefa jak on sobie to wyobraża, bo przecież nie jestem wyposażony w funkcje kierownicze, jestem nowym pracownikiem szeregowym, więc nikt nie ma mnie obowiązku posłuchać, sam bym nie posłuchał. To samo zrobił szef . Nie posłuchał mnie.

Po kilku przypomnieniach, upomnieniach, naciskach z jego strony podszedłem do ekipy i zapytałem o to, czy szef proponował któremuś z nich awans. (Okazało się, że nie). No to dodałem. No widzicie a na mnie szef naciska bym wydawał Wam polecenia, bawił się w kierownika, a ja uważam, że taka osoba powinna być wyłoniona z członków starego zespołu. W każdym razie męczy mnie ta cała sytuacja, szef nalega na to, żeby zostały wprowadzone takie i takie zmiany, że trzeba robić tak i tak, a nie tak jak zwykle. Po czym dodałem. Znajduję się w niezręcznej sytuacji. Jestem tylko pracownikiem podobnie jak Wy, trzymam waszą stronę. Po prostu musimy robić swoje, jesteśmy dorośli, musimy być odpowiedzialni. Za to nam płacą. I tyle.

Wierzyłem w to, że w każdym człowieku, który wyjmuje sobie 8 godzin z życia dziennie na pracę, musi istnieć przekonanie, że opieprzanie się jest złe, że to strata czasu, oszustwo, działanie na niekorzyść firmy, na niekorzyść kolegów zasiadających obok i na niekorzyść własną.

Po fakcie zauważyłem, że pracownicy darzą mnie odrobinę większym zaufaniem (raczej przez to, że obiecałem nie kablować), pracowałem sumiennie, więc i tym zdobywałem ich respekt.

Zachowanie agresywne względem pracodawcy

Któregoś dnia popełniłem jednak błąd. Naskoczyłem na szefa przy członkach zespołu. Im wszystkim to rzecz jasna się spodobało, bo coś się działo, chałturka była. Ale mi było z tym perfidnie i czułem wewnętrzny wstyd już do końca moich dni w tej firmie. Co mi po tym, że zespół klepał mnie za to po plecach? Nie pociągnęło to za sobą dalszych konsekwencji, ale zacząłem rozmyślać nad odejściem. Szef zirytował mnie zapytaniem o to, dlaczego jeden z pracowników nie stawił się do pracy, a ja poczułem się zaatakowany.

Po paru dniach wszyscy o całej sytuacji zapomnieli. Myślę, że tylko ja i szef musieliśmy udawać, że nic się nie stało, bo musieliśmy z sobą żyć. Dał mi tą szansę, bo mnie nie zwolnił. To nie był zły facet. Wręcz odwrotnie. Był za dobry, za bardzo wyrozumiały i stąd pojawiło się tyle kłopotów wewnętrznych. W firmie panował elastyczny podział zadań. Najwidoczniej to było błędem, bo była to elastyczność przypominająca rozpierduchę, a nie elastyczność zorganizowana.

Jak nie trudno się domyślić zastanawiałem się nad tym, czemu szef próbował mną się wysłużyć. Czy może zauważył jakiś defekt w moim zachowaniu, czy wyglądałem na człowieka uległego, bo nie wierzę, żeby wyobraźni nie posiadał i żeby potraktował mnie jako zwykłego popychla. Czemu nie wierzę? Bo dawał mi do zrozumienia, że darzy mnie zaufaniem, widział, że się staram, widział, że nie wchłonęły mnie jeszcze złe zwyczaje panujące w firmie. Jako, że jest w tym sporo różnego rodzaju za i przeciw, to do dziś tak do końca nie wiem, czemu tak było.

Wiecie przecież jak to jest. Na początku nie wiedziałem, czemu rzuca mi się takie wymogi. Myślałem, że może to swego rodzaju test moich zapędów, zahamowań, czy tym podobnych rzeczy.

Poczucie bycia wykorzystywanym i droga ku asertywności

To jednak nie wszystko. Po jakimś czasie przestał mi odpowiadać podział obowiązków. Jak byłem nowy to musiałem się wprawić. Czasem zdarzało mi się zabierać robotę do domu. Od pewnego dnia jednak coś mnie zaczęło świdrować od środka aż w końcu do głowy uderzyło mi stwierdzenie, że czuję się wykorzystywany, że okres przystosowania mam już za sobą, że zapracowałem sobie na szacunek, wyrabiam normę i musiało mi po drodze dojść obowiązków skoro inni mają po pracy czas dla siebie, a ja nadal po robocie odsapnąć nie mogę.

Główkowałem w nocy co powiedzieć, jak powiedzieć. Wbijałem sobie do łba zwroty typu „nie ulegaj”, ale „wysłuchaj”, „nie krzycz”, „nie wybuchaj”. Co powiesz? Co oni na to odpowiedzą? Jak im odpowiesz? Potem zacząłem się zastanawiać nad tym, jak na chwilę obecną jestem postrzegany (bynajmniej oficjalnie, zanim nie odwrócę się plecami). Wyszło mi na to, że musieli zauważyć to, że mam zasady, nie kabluję, stoję za zespołem, pracuję sumiennie i do tego potrafię też szczekać. Nie wiedzieli tylko tego, że jak wpadnę w pasję, to stać mnie jeszcze na gorsze rzeczy. I ja się tego najbardziej obawiałem, żebym dał sobie radę z nerwami, żebym był opanowany.

Wybrałem odpowiedni moment, powiedziałem co myślę z należytym spokojem. Nie było sprzeciwów, nie musiałem słuchać argumentów, ale myślicie, że to coś dało? Nic! Zrobiłem inaczej. Wziąłem kartkę i parę godzin z dnia pracy przeznaczyłem na sprawiedliwe wynotowanie wszystkich obowiązków, które powinny mi przypadać na zajmowanym przeze mnie stanowisku. Zaznaczyłem swój teren.

Jak ktoś dzwonił i akurat to nie była moja działka podawałem słuchawkę, jak coś wykraczało poza obowiązki do jakich zostałem zatrudniony, to ja nie dotykałem tego nawet jak się paliło. A jak ktoś zaczynał miauczeć, że coś trzeba wziąć do domu, to ja odpowiadałem, że dziś jest mecz, że jadę do rodziny, umówiłem się z kumplami itp. Jak widziałem, że solidarnie dzielimy się robotą, jak każdy poznał tego smak, to uzgodniliśmy, że zrobimy coś na kształt dyżurów, każdy będzie miał swoją kolejkę. Wszyscy byli niezachwyceni, ale nikt nie miał wyboru.

A powyższe wcale nie poszło sprawnie. Gdzie tam! Wziąłem monitor i skrzynkę pod pachę i przeniosłem stanowisko w kąt, im za plecy, bo nikt nie lubi mieć wroga za plecami. Czy miałem ochotę zostać w tej firmie? Przecież już się przeniosłem, trochę się poddałem, zacząłem się wycofywać. Ale na rezygnację było za późno, bo zaczęła się wojenka. A jak jest wojenka i facet się wymiksuje, to znaczy, że tą wojenkę przegrał i jest mięczakiem. Zostałem i trzeba było kombinować jak teraz zrobić aby negatywne emocje dalej nie narastały, aby wszystko obrócić w dobrą stronę.

Wychodzenie na prostą

Powoli, powoli i ta cierpliwość, to użeranie się zaczęło przynosić pozytywne rezultaty. Ja trochę się popsułem, oni stali się ciut bardziej przykładni a w efekcie stałem się częścią zespołu. Bo co ja miałem do wyboru? Albo poddać się odwalając coś za co szef zwolni mnie z pracy, tak, żebym z tej wojaczki wyszedł przegrany, ale usprawiedliwiony szeregiem niedopowiedzeń. Albo skupić się na pozytywach pracy i bawić się metodą małych kroczków integracyjnych. Przyłożyłem się do roboty i jak pojawiała się okazja to przebijałem mur, np. wtrącając się w rozmowy na wspólne tematy (bo to łączy). Poza tym rozmowy o pracy prowadziliśmy normalnie, spokojnym „zawodowym” tonem. Na szczęście wyszło na to, że nikt nie lubi wisielczej atmosfery.

Kiedy wypracowaliśmy już wewnętrzne zasady, wszystko szło na tyle sprawnie, nie chciało mi się zamieniać tego składu na żaden inny. Jednak ekipa zaczęła się sypać. Kolega dostał lepszą pracę i Don’t Cry for Me Argentina. Więc i inni koledzy zaczęli o tym myśleć, tzn. pewnie już wcześniej nad tym myśleli, tylko że nie na głos.

Ja byłem w ekipie najświeższy, nie byłem jeszcze zmęczony akurat tymi czterema ścianami, towarzyszył mi zapał. Im nie. Co gorsza, zdawałem sobie sprawę z tego, że starczy, że odejdzie dwóch pracowników, żeby doszedł mi ogrom zadań. Wcale nie patrzyłem też chętnie na perspektywę przyjścia nowych ludzi, stażystów, czy kogo tam przyniesie.

Nie było o co walczyć. W takim razie po cholerę była ta trwająca kilka miesięcy szopka?

About the author